Czytaj więcej: Tydzień Ewangelizacji 9 - 16 czerwca 2019 r.

czyli o Chrystusie Budzącym

Jedna z wypowiedzi kiedyś przeze mnie zasłyszanych, która zamieniła się w słowa skrzydlate mojego życia: „Czasem najcenniejsze jest TRUDNE przeżycie Mszy św., które jest jakby walką”. Powiedział to znany autorytet archidiecezji, pewien egzorcysta z tytułem naukowym.

Jeśli mnie dopadała taka walka, trochę się gorszyłem poprzednimi okresami uśpienia w moim życiu. Czasem nawet odczuwałem coś w rodzaju pogardy do takiej stabilizacji wnikającej czasem w średnią życia „przyzwoitego parafianina”.

Cenię jednak i pokój. Pamiętam, gdy przemierzałem rowerem Pomorze Zachodnie, zatrzymałem się kiedyś w Dobrej Nowogardzkiej. W takich wojażach (namiot na bagażniku, dziennie ok.130-150 km) człowiek zamienia się w nagi receptor, odczuwa wszystko w sposób jakby dziecięcy. Urzekł mnie kościół w tym mieście, zrobiłem kilka zdjęć ciekawej jego architektury, do dziś patrzę z zadowoleniem na te fotografie. I wówczas, zaciekawiony nowym miejscem, podszedłem pod kościół, stanąłem obok wejścia, a była niedziela - ujrzałem stabilnych, pełnych godności i odświętnie ubranych parafian wchodzących do wnętrza - do dziś, a minęło ok.14 lat od tego czasu, wspominam ich jaśniejące twarze - naprawdę jaśniejące, to nie jest literacka przesada. I cenię taki pokój; u większości tak wyglądających ludzi jest on wynikiem dobrego życia, jakichś umęczonych wcześniej w domu rąk, jakiejś ofiary składanej bliskim, dzieciom, komuś jeszcze, a także widzenia związku takiej ofiary życia z ołtarzem.

Mimo to wiem, że niezbędny bywa czas stanięcia w płomieniach. Siarka, atrybut szatana, wciąż błyszczy na drogach chrześcijan i podpala ich życie, duszę, ale tak, że nie spala, lecz zmuszona jest oczyszczać. Bo z gruntu jesteśmy nieczyści, grzeszni. Naprawdę każdej niedzieli w świątyniach mamy płonących jak smolne szczapy ludzi wierzących (choć moim zdaniem nie jest ich dużo). Msza św. im się w jakimś sensie dłuży, a lepiej to nazwać toczeniem się karetki z rannym po ulicy z kocich łbów, a tym rannym jest właśnie parafianin. Miernikiem upływu Mszy dlań nie jest sekunda, minuta, kwadrans, nie - ów ranny duchowo zsuwa się po niej jak kozica po skałach, nieregularnie, według logiki tej mszalnej, duchowej grani, której nierówności nie jestem w stanie ogólnie opisać, bo zatrzymać go lub nadać mu dynamikę może jakieś święte imię, jakiś zawarty w trzech słowach duchowy akt opisany np. w Modlitwie Eucharystycznej czy pozornie niewiele znaczący czasownik z rzeczownikiem (podobno kiedyś techniczna uwaga pewnego kaznodziei słyszanego przez przechodnia idącego obok kościoła, spowodowała przemianę życia tego przypadkowego słuchacza; uwaga ta brzmiała: „Przejdźmy do następnej części...”- Duch działa gdzie chce, najpewniej naznaczone Duchem Świętym słowa o ZMIANIE wywołały lawinę zmian w duszy tamtego przechodnia).

Taki płonący katolik stoi w kościele pozornie niezmieniony, ale trudno opisać, jak intensywnie przeżywa tok nabożeństwa. Msza św. i inne modlitwy, czytania, wchodzą w jego życie jak narzędzie stomatologiczne w dziąsło, kość, jak gastroskop do przełyku (w tej fazie nawet bywa, że jakby zamyka uszy na te treści, pomija pewne pobożne słowa , jakby cenzuruje je), choć te doznania zmieniają się czasem cudownie w jakby smakowity pokarm czy napój, w przypływ siły, w oświecenia, które pozostają w duszy po zakończeniu nabożeństwa (w tej fazie, doznaniowo pozytywnej, niesłychanie wnikliwie wchodzi w pewne duchowe treści, przenika je jak promieniami rentgena, zatrzymuje je na pewien czas, jakby w celu kontemplacji ).

Skoncentrowałem się tu na doznaniach w czasie liturgii, ale niespodziewane i niewytłumaczalne wstrząsy poddające duszę próbie ognia przychodzą niekiedy daleko od świątyni, poprzez osoby i wydarzenia, czasem bardzo dziwne, bo Chrystus Budzący może przyjść do pozornie „uczesanego” parafianina w spotkaniu z kimś nawet odległym od wiary, niestety także w śmierci kogoś bliskiego, w dramacie rodzinnym. Ale też bez widocznego powodu.

Marek (1 i 5 VI 19 r.)

(porównania, obrazowanie, nazwy pochodzą ode mnie, pisałem tekst z dala od opracowań, książek, by najwierniej przenieść realność płonięcia)

 

Osaczyły nas nagle wydarzenia ukazujące jakby linie pisma, które trudno na razie odczytać, ale trzeba to uczynić, bo są to znaki czasu.

Katedra Notre-Dame

Byłem w niej w 2006 r., z księdzem i grupą młodych ludzi, w Paryżu skończyliśmy nasz 1000-km rowerowy rajd. Na placu przed świątynią zebrał się cały świat, pamiętam jak zewsząd rozbrzmiewały języki przybyszy z całego globu. Korzystali z tego przemyślni handlarze, zapamiętałem pewnego Murzyna, który krążył pośród ludzi z dewocjonaliami – a głównym instrumentem jego orientacji były wtedy... uszy; kiedy tylko usłyszał polską mowę, zaraz przerzucił się z angielskiego na polski, wziął w palce różańce i zaczął mamrotać: „ruszańce, ruszańce, ruszańce”... Nasz lider, ksiądz, śmiał się nie mogąc powstrzymać, nigdy nie widziałem go tak rozbawionego – Murzyn w zależności od grupki pielgrzymów miał zawsze adekwatny język na podorędziu.

Niestety, powód, dla którego piszę ten tekst jest smutny, bo jest to pożar katedry. Już wtedy instynktownie odczuwało się istnienie... podpałki, zwracała uwagę ta dziwnie wielka otwartość świątyni na zwiedzanie, dominacja turystyki nad kultem, a wtedy nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że katedra jest własnością państwa, choć w użytkowaniu Kościoła. Nie wiedzieliśmy, że jej stan techniczny jest zły, że państwo pobiera 90% z opłat za wejście, zwraca na remonty za mało. Najbardziej zapamiętałem z nawiedzenia tej świątyni chwilę, gdy zorientowałem się, że w czasie mojej modlitwy na klęczkach przy bocznej kaplicy śledzą mnie dziesiątki oczu, że stałem się nagle jakby wyposażeniem katedry, posążkiem, bo dla np. Japończyków była ta modlitwa gestem i czynem egzotycznym.

Odczułem zarazem, patrząc na witraże i symbole świątyni, że już w Polsce przygotowano mnie do ich odbioru (choć zgłębianie symboliki średniowiecza mogłoby zabrać całe lata), że już w Polsce wszedłem w pewną ciągłość i trwający do dziś świat jednej chrześcijańskiej Europy, którą tak chcą zapomnieć elity unijne czy choćby francuskie. Mam dziś wrażenie, że przy majętności Francji zbyt szczupłe finansowanie katedry i to zaniedbanie skutkujące pożarem w jakimś sensie jest pochodną braku miłości do świątyni, wiary i Kościoła. Ten kraj pogubił się idąc za ideą radosnego, rzekomo będącego aktem wyzwolenia, wyzbywania się tożsamości i stracił „czucie”, którego jednym z receptorów jest prosta MIŁOŚĆ do jakby tylko świątyni. Iluż to zakrystianów czy księży albo sprzątających kościoły lub coniedzielnych wiernych niby koncentruje uwagę serca tylko na „obiekcie”, a w gruncie rzeczy ich relacja z „rzeczą” wypływa z miłości głębszej, tej sięgającej Źródła.

A miłość tę przypomnieli nagle młodzi ludzie modlący się spontanicznie na wypranych z symboliki religijnej ulicach Paryża, tam, gdzie państwo w imieniu ateistycznej rewolucji do dziś strzeże zakazu wiary.

Sri Lanka

   W samą wielkanocną niedzielę do kilku kościołów (też do hoteli) weszli terroryści z plecakami wypełnionymi materiałami wybuchowymi – zabili ok.350 chrześcijan, głównie katolików. Dramat i zagadka, bo długo media nie znajdowały powodów zamachu. Okazało się, że to była odpowiedź „państwa islamskiego” na antymuzułmański zamach na Nowej Zelandii. Motywacja iście diabelska, zresztą nawet w warstwie logicznej wydumana, bo zamachowiec z Nowej Zelandii nie działał w imieniu jakiejś organizacji, tym bardziej Kościoła i nie mógł skończyć gdzie indziej niż w dożywotnim więzieniu.

Media ułatwiają identyfikowanie się z rodzinami ofiar – patrzenie w oczy ojca mówiącego jak dotarł do zabitych już żony i dziecka to było jakby przejmowanie pożaru na siebie. Globalizacja i działalność mediów sprawiają, że cierpimy z innymi. Cierpienie z powodu pożaru katedry we Francji i całopalenia ofiar wybuchu to specyficzne doświadczenie XXI wieku.

Kościół na Siemiradzkiego

W Wielki Piątek i w czasie liturgii paschalnej usłyszałem emocje i pewnego rodzaju mistrzostwo, przy czytaniach, przy śpiewach psalmów. Pani, której nazwiska jeszcze nie znam, odczytała doskonale, tak jakbym widział w marzeniach, mój ulubiony i kluczowy fragment Pisma, proroctwo Izajasza o cierpiącym Słudze Pańskim. Pan Sylwester zaśpiewał psalm w sposób dla mnie trudny, życzyłbym sobie opanowania takiej melodii. Inni idealnie uderzali w akcenty logiczne, dobrze śpiewali, (momentami artystycznie) – to było przygotowane i przeżyte. Bez tego pożaru emocji, bez tego ognia... emocje po pożarze katedry i śmierci naszych braci i sióstr w Sri Lance nie byłyby duchowo owocne.

Marek (24 i 26 IV 19)

© 2014 Rzymskokatolicka parafia p.w. Śś. Stanisława i Bonifacego B.M.