Czy szybko wybaczasz? Czy ofiarujesz swoje cierpienia Bogu? Czy cenisz mszę świętą jako największy skarb na ziemi?
Te pytania nie są teoretyczne. Są konkretne, są wieczne bo patrzysz w nie jak w lustro, a lustro to pokazuje nie twarz lecz duszę i kiedy przyjdzie czas – a przyjdzie dla każdego z nas – te pytania staną się nie słowami ale ogniem. Ogniem, który nie pochłania lecz odsłania, ogniem, który nie niszczy lecz oczyszcza, ogniem który pyta: „Kim naprawdę byłeś gdy nikt nie patrzył?”
Maria Simma nie była wizjonerką, nie szukała sławy, nie wychodziła na place, nie wznosiła rąk do nieba, nie zapisywała objawień w grubych księgach. Była zwykłą kobietą z Alp austriackich, cichą, pracowitą, skromną, żyła w małej wiosce, gdzie dni były podobne do siebie jak paciorki różańca, a każdy gest miał swoją prostotę. Praca, modlitwa, milczenie. Nikt nie spodziewał się, że właśnie w tej prostocie Bóg umieści nadzwyczajną tajemnicę. Bo to właśnie w cichych sercach Bóg mówi najgłośniej. To właśnie w ukrytych życiach objawiają się rzeczy, których nie pojmują uczeni. To właśnie do prostych przychodzą zmarli.
Pewnej nocy Maria obudziła się z głębokim uczuciem, że nie jest sama. Nie był to lęk, raczej świadomość obecności. W ciemności jej małego pokoju stała postać. Nie było blasku, nie było strachu, tylko spokojny, niemal smutny głos: „Mario pomódl się za mnie, cierpię.” Zanim zdążyła odpowiedzieć, postać zniknęła jak dym, ale Maria wiedziała, w głębi duszy, że to nie był sen, to nie była iluzja, to była dusza z czyśćca. Od tamtej nocy zaczęły przychodzić inne, nie co dzień, ale często. Nie przychodziły straszyć, lecz prosić. Nie wyły z bólu, lecz pytały z pokorą: „czy możesz się pomodlić, czy możesz ofiarować coś za nas, czy pomożesz nam wrócić do domu?”
Bo czyściec to nie potępienie. To tęsknota, to oczekiwanie, to ogień który nie niszczy lecz oczyszcza, ale który pali tym mocniej im bardziej dusza odkładała oczyszczenie. Dusze te wiedziały, że jeszcze nie są gotowe na spotkanie z Bogiem twarzą w twarz. I wiedziały, że mogą prosić o pomoc żywych.
Dlaczego wybrały Marię? Bo była prosta, bo nie pytała dlaczego ja, lecz co mam zrobić? Bóg nie szuka bohaterów, szuka gotowych serc. A w sercu Marii było miejsce dla tajemnicy. Z czasem Maria zaczęła pytać. Nie ze strachu, lecz z miłości. Pytała o wszystko. Dlaczego niektóre dusze cierpią dłużej, co sprawia, że oczyszczenie jest powolne, co żywi mogą zrobić by przyspieszyć ich drogę do nieba. I dusze odpowiadały. Nie długimi kazaniami, nie filozoficznymi traktatami. Odpowiadały konkretnie. Mówiły prawdę, którą większość ludzi woli ignorować. Że życie wieczne zaczyna się teraz, że każde słowo ma wagę, że każdy wybór zostawia ślad w wieczności.
I z tych odpowiedzi Maria wydobyła trzy działania. Trzy proste, ale potężne drogi oczyszczenia. Trzy decyzje, które każdy z nas może podjąć. Dziś, teraz, zanim będzie za późno. Proste? Tak. Łatwe? Nie. Ale przemieniające całkowicie. Bo prawda jest taka: większość ludzi nie trafia do piekła, większość trafia do czyśćca i większość tam cierpi, nie przez wielkie zbrodnie, lecz przez małe obojętności. Nie przez morderstwo, lecz przez chłód. Nie przez zdradę, lecz przez niedbałość o miłość.
Maria Simma nie była świętą, ale stała się mostem, między żywymi a zmarłymi, między czasem a wiecznością, między obojętnością a miłością. I teraz ty stoisz na tym moście i musisz wybrać. Czy przejdziesz dalej, czy zostaniesz tam gdzie stoisz? Czy wysłuchasz tego, co zmarli mają do powiedzenia żywym? Czy pozwolisz by te trzy działania przemieniły twoje życie, zanim życie zamieni się w ogień? Bo czas płynie, a wieczność czeka.
Maria powtarzała zawsze z dziwną powagą, jakby sama jeszcze nie mogła uwierzyć w to co usłyszała. Grzechy najdłużej oczyszczane w czyśćcu to nie wielkie zbrodnie, to grzechy przeciwko miłości. Nie morderstwo, nie kradzież, nie zdrada w wielkim stylu, ale chłód, obojętność, słowa twarde jak kamień, sarkazm wypowiedziany przy kolacji, milczenie użyte jak broń, spojrzenie pełne pogardy. To wszystko, te małe codzienne okrucieństwa wypełnia czyściec bardziej niż cokolwiek innego. Dusze mówiły Marii: „Najbardziej cierpimy za to, co zrobiliśmy w domu, za to jak traktowaliśmy tych którzy nas kochali”.
Pomyśl o tym. Ile razy zraniłeś kogoś kogo kochasz, nie mieczem ale słowem? Ile razy twoje milczenie było okrutniejsze niż krzyk? Ile razy uśmiechnąłeś się do obcych, a do swoich byłeś lodowaty? Ojciec wraca zmęczony z pracy, siada przed telewizorem, ignoruje dzieci, które czekają na jedno słowo, jedno spojrzenie, jedno dotknięcie uwagi. Żona gromadzi urazę przez lata jak skarb, pamięta każde słowo, każdą zdradę, każdą obietnicę złamaną i choć mieszka z mężem pod jednym dachem jej serce jest zamknięte jak grób. Ktoś kto uśmiecha się na zewnątrz ale w środku ocenia, krytykuje, gardzi… – myśli, że nikt tego nie widzi. A przecież Bóg widzi wszystko i dusza po śmierci widzi sama siebie, dokładnie, bezlitośnie, całkowicie. I wtedy płacze. Nie dlatego że Bóg ją każe, ale dlatego, że widzi ile miłości zmarnowała, ile szans przepuściła, ile razy wybrała chłód zamiast ciepła.
nasz adres: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
© 2014 Rzymskokatolicka parafia p.w. Śś. Stanisława i Bonifacego B.M.